Nie lubię horrorów, tudzież thrillerów. Nigdy, od kiedy poznałam, co to takiego, ich nie lubiłam. Mam tu na myśli głównie filmy. Gdy zastanawiam się, czemu tak jest, wydaje mi się, że nie chodzi nawet o strach przy samej projekcji. Choć, nie oszukujmy się, strach ten również jest obecny. Bardziej, że to uczucie strachu po wyjściu z kina nie puszcza. Chyba najbardziej dręczy mnie to, że przez ten irracjonalny strach (irracjonalny czysto teoretycznie. Niby inscenizacja, charakteryzacja, aktorzy, efekty. Lecz jednak.) nie widziałam i chyba nie zapowiada się na to, by szybko się to zmieniło, wielu zapewne fantastycznych filmów. Do niektórych braków pewnie niektórym wstyd byłoby się nawet przyznać, jednak dla mnie 'klasyki filmowe' są bardziej indywidualnym aspektem, niż przyjęło się ogólnie przyjmować. I mimo tej niechęci kilka takich produkcji w swym krótkim chyba jeszcze życiu zobaczyć mi przyszło. Widziałam te wszystkie duchy, żywe trupy, obrzydliwe zjawy, psychopatycznych morderców i tak dalej i tak dalej.
I tu dochodzimy do tytułu postu. Gdyż nocą właśnie te wszystkie wygenerowane komputerowo demony i straszaki powracają z większą nawet mocą. Pewnie nie wszyscy się przyznają, ale przecież kto nie podwija kołdry pod stopy, kto nie ściga się z własnym cieniem wracając stamtąd, gdzie zagnała nas natura, kto w nosie ma rachunki za światło, gdy domowników brak, a ciemności wita się z nami na progu? Nasz umysł, z głębokim w naszą stronę ukłonem, podsuwa nam te 'najmilsze' obrazy właśnie nocą, gdy słońce smacznie śpi, a my przeciwnie. Tuż za rogiem, zaraz za granicą widzenia, tam, gdzie już nie jest ciemno, ale do jasności jeszcze jeden krok. Tam na nas czekają, czają się z całym arsenałem rekwizytów straszących.
Lecz przyznam, że to nie te demony miałam na myśli. Prócz tych znanych z ekranów, czy kart książek, czy jakichkolwiek innych źródeł są jeszcze inne. Ciekawe, że z jednej strony mniej materialne, z drugiej potrafią wyrządzić więcej szkód niż ich wspomnieni bracia. Te demony czają się w nas samych. Przycupną tu, tam się ukryją, zwykle dość małe i łatwo pomijane, lecz gdy tylko księżyc przejmie władzę, wchodzą na scenę w całej swej okazałości, gotowe odegrać każde, najgorsze przedstawienie przed jednoosobową publicznością. Są o wiele gorsze od tamtych. Znają nas i wiedzą, gdzie ukłuć, by bolało. Nasze wspomnienia, słabości, niezrealizowane marzenia. Wzbudzają ból, niepewność, żal, smutek, nienawiść...Nocą budzą się demony.
Patrząc w nocne niebo, słuchając ciszy, czując lekki wiatr na skórze wiem, że tam są. Doskonale je znam - wszystkie razem i każdego z osobna. Te materialne, posiadające twarze znane z X muzy, ale i te moje, te osobiste. Znam je i one znają mnie. Czasem narodzi się jakiś nowy, pełen zapału i nowej energii, zaczyna dręczyć i męczyć. Budzą się we mnie. Jednak zawsze patrząc w ciemność wydaje mi się, że nie tylko one się w niej czają. Zamykam czasem oczy i proszę je, by odeszły. By dały chwilę spokoju i wytchnienia. By zeszły ze sceny. Otwieram oczy i widzę ciemność zupełnie inną. Znajomą, przyjazną, spokojną. Tak bardzo spokojną. Nic nie jest tak spokojnego, jak ciemność idąca w parze z ciszą. Ta szczególna ciemność. I ta szczególna cisza. Bo nocą budzą się nie tylko demony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz